Długo zwlekaliśmy z decyzją o wyjeździe. Franek też nigdy nie był tak daleko. Po krótkim rekonesansie w biurach podróży jasne było, że jest tylko jeden możliwy termin wyjazdu i to na Zakynthos. Postanowiłem się wstrzelić w jedyny możliwy wolny weekend. Spakowaliśmy aparat, zabawki Frania, wózek i wyruszyliśmy…
Franek zadziwiająco dobrze zniósł lot. Co prawda przez dwie godziny lotu miał wystarczająco dużo czasu aby rozkręcić samolot na części, to do kabiny pilotów jednak nie dotarł zatrzymując się na siedzeniach stewardes. Wreszcie przylecieliśmy. Na miejscu temperatura sięga 26 st. – pięknie. W Polsce w tym czasie w nocy były już przymrozki, a w dzień – lepiej nie mówić… W autobusie Pan Grek rozwożąc turystów do hoteli co chwila krzyczał do turystów swoją grecką angielszczyzną:
“Hotel posejdon pliz…oder posejdon? No?”
Na miejscu jak to śpiewał pewien zielonogórski bluesband “cztery piwa na sen”. Poszliśmy spać. Franek miał jednak inne zdanie na ten temat. Padł dopiero ok trzeciej.
Z założenia tez wyjazd miał być przełomowy pod kątem wychowywania Frania. Franio bowiem miał już 15 miesięcy i był wystarczająco duży aby przestać pić cycka do snu na kolacje. Był również wystarczająco duży żeby w końcu spać samemu w łóżeczku. Nowe miejsce sprzyjało naszemu planowi, choć nie było wcale łatwo i przyjemnie. Nazajutrz po śniadaniu wybraliśmy się do góry w poszukiwaniu widoków. Franek szybko się jednak znudził, wiec musieliśmy mu urozmaicać podróż. Nasz urwis podobał sobie na przykład: pchanie wózka. Po spacerze w gaju oliwnym wybraliśmy się na plaże. Generalnie dzieci zbliżają ludzi, wiec nasze nowe znajomości były determinowane właśnie przez nowych kolegów i koleżanki Frania z plaży. W południe jako co dzień razem udawaliśmy się na popołudniową drzemkę do hotelu. W tym czasie ja miałem czas na robienie notatek z podróży i picie popołudniowego bronka
.
W poszukiwaniu czegoś tańszego do picia niż napój pomarańczowy za 2,50eu ze stołówki wybrałem się na zwiedzanie okolicy. Dotarłem do sklepu jakiegoś lokalesa. Gościu był tak zagrapowany meczem jakis greckich drużyn piłkarskich, że nawet nie spojrzał na mnie. Ponadto
widoki typu: facet na skuterze bez świateł, bez kask, gadającego przez komórkę i do tego wchodzącego w ostry zakręt jadąc ze stromej góry to tutaj norma. Pełno tu również matizów, ciekusiow i innych rzechów.
Swoją drogą, to nie wyobrażam sobie sezonu tutaj. Jak ktoś otwiera wodę z pokoju obok to mam wrażenie, że woda leci u nas w pokoju tuż za szafką nocną.
Franek cały czas wzbudzał uwielbienie wśród turystów i tubylców. Wszyscy mówią jak on ładny. Tylko jedna angielska flondra zapytała czy my go bijemy widząc limo na czole, które Franek nabil sobie tuż przed wyjazdem. Wczoraj jeden Grek (przyjechał z Aten) tłumaczył mi jak się mówi “dzień dobry” po grecki (“kalimare”), mówił tez jak się mówi dziękuje, ale zwrot ten okazał się zbyt skomplikowany do zapamiętania;). Dobrze ze tu wszyscy wpadają angielskim…
Wybraliśmy się jednego dnia na klif. Okazało się po drodze, że tuż przed znajduje się keja, a za nią piękna zatoczka z wulkanicznymi skałami i kameralną plażą. Do samego klifu nie dało się już dojść z wózkiem. Po drodzie oglądaliśmy tubylcow spedzajacych senne popołudnie na werandzie lub w ogrodzie sądząc roślinki. W drodze powrotnej wypatrzyłem na wzgórzu kameralna cerkiewke, wybierzemy się tam – może być ciekawie.
Następnego dnia poszliśmy w ostatnim nieznanym nam kierunku w Tsivili w nadziei ze znajdziemy jakaś sensowną ścieżkę do kapliczki na wzgórzu. Udało się, po jakimś czasie znaleźliśmy ścieżkę w oliwnym gaju prowadząca do góry. Szliśmy tak i szliśmy, gaszcz robił się coraz większy. Dotarliśmy aż do samych murów kapliczki. Próbowałem znaleźć jakąś sensową drogę tak żeby Marta też mogła tam wejść z Franiem. Trochę błąkałem się po okolicy, ale nic poza pięknymi widokami i rdzennymi domostwami tubylców nie znalazłem. Na miejscu okazało się, że nasza kapliczka to ruina. Ja z aparatem wdrapałem się po murze. Moim oczom ukazały się ruiny pomieszczeń gospodarczych. Wszędzie można było dojść wąskimi zarośniętymi schodkami. Od przodu wnętrze samej kapliczki zdradzała rozbita szyba. Zrobiłem jeszcze pare zdjęć i wróciłem na dół do Marty z Franiem. Wracaliśmy wąską, kameralną dróżką pośród drzew oliwnych mijający prawdziwe wiejskie domostwa tubylców. Tu było prawdziwe Zakhyntos, bez turystów i upiększeń. W drodze powrotnej minął na Alex ze sklepu z browarem na Africa’e Twin 750. Oczywiście bez kasków i świateł. Potem dowiedziałem się, że kapliczka została już dawno temu zamknięta, jeszcze przed wojną. Miejsce fantastyczne, z dużym potencjalem na fajna atrakcje turystyczna, kto wie – może nią się stanie…
Na koniec wakacji dowiedzieliśmy się z prasy polskiej o strajkach w Grecji. Miałem jeden dzień zapasu, bowiem planowo wracaliśmy w piątek, a w sobotę miałem zlecenie ślubne. Odbyło się jednak bez ekscesów, a nasze wakacje po 7 dniach dobiegły końca…
Niech resztę dopowiedzą zdjęcia…