Czarnogóra 2008

wrzesień 21, 2008

Parę linków na dobry początek:
- Cała galeria zdjęć z wyprawy:
http://www.flickr.com/photos/28821826@N03/sets/72157607330722481/detail/
- Wyprawa na moim geoblogu:
http://bmaliszewski.geoblog.pl/podroz/3059/czarnogora-2008
- Nagrania radiowe z autobusu: Nagranie1, Nagranie2, Nagranie3, Nagranie4, Nagranie5

Założeniem podróży było, aby odwiedzić jakiś ciekawy, ciepły kraj jak najmniejszym kosztem. Wybór padł na Czarnogórę (Montenegro). Los chciał, że ekipa z którą trochę już jeździliśmy też wybierała się do Czarnogóry. Problem w tym, że nie mogliśmy zgrać terminu wspólnego wyjazdu, a i głównym celem ich wyjazdu były góry (Dormitor), a naszym zwiedzanie i poznanie kultury tegoż kraju. Ostatecznie pojechaliśmy osobno…

Zdecydowaliśmy się na wykupienie wycieczki z biurem podróży (sam przejazd i nocleg). Resztę sami sobie zorganizowaliśmy. Zaletą tego rozwiązania była prostota i koszt, wadą – czas dojazdu. Niestety podróż autokarem trwała 32h, z czego 1/3 czasu spędziliśmy w Polsce (?!?). Wyjechaliśmy o 9:00 rano. Najpierw pojechaliśmy małym busikiem do Wrocławia. Następnie przesiadka do autokaru i wyjazd do Opola i kolejna przesiadka do autokaru w Katowicach na „Dworcu międzynarodowym” (o zgrozo). Tam jeszcze jeden przystanek w Bielsko-Białej i w końcu przekraczamy granice ok 20:00. Za każdym razem tkwiliśmy w korku zarówno w czasie wjazdu jak i wyjazdu z każdego z miast. Tragedia. Mimo że autobus był klasy Royal, z klimą, skórzanymi fotelami, dużą przestrzenią na nogi, to nic nie zrekompensuje faktu, że jadąc autem bylibyśmy już dawno w Słowenii. No nic, człowiek uczy się na błędach. W nocy przekroczyliśmy granicę z Chorwacją i potem pognaliśmy Jadrańską Magistralą aż do samego końca. W czasie podróży zaciekawił mnie fakt, iż niespodziewanie dwukrotnie przekraczaliśmy granicę z Bośnią i Hercegowiną. Raz za Makarską, a potem tuż przed Czarnogórą. To dziwne, bo nie zauważyłem tego na mapie w żadnym z przewodników.

Pierwszym ciekawym miejscem był widok z góry na Dubrownik. Niestety, tym razem nie odwiedziliśmy tego pięknego miasta wpisanego na listę UNESCO. Dubrownik zrobimy, gdy odwiedzimy Chorwację przy innej okazji.

Bokę Kotorską przepłynęliśmy promem i ok. 17:00 byliśmy na miejscu w Budvie. Pensjonat u Momo, bo tak nazywa się właściciel jest typowym obiektem a’la późny Broz-Tito. Smaku dodaje jedynie dojrzały winogron rosną cy na pergoli ciągnącej się wzdłuż całej posesji oraz kiwi pnące się po budynku. Z tyłu pensjonatu widok mamy równie ekscytujący, śliwki, figowce, a pośród normalnych aut – zielony trabant zaparkowany na tyłach budynku obok i klasyczna zastawa, dokładnie taka, jaką jeździł mój tato jak byłem jeszcze w przedszkolu. Nie czekając długo udaliśmy się na krótki rekonesans. Wycziliśmy gdzie znajduje się bazar z owocami, rakiją i innymi przysmakami, supermarket oraz stare miasto. Dotarł do nas również fakt, iż Budva to generalnie takie wielkie Międzyzdroje. Dobrze, że jest to stare miasto (stari grad), będziemy je wielokrotnie odwiedzać. Czarnogórki zgodnie z tym co twierdzili nasi znajomi się piękne. Spotkaliśmy tego dnia parę sztuk i faktycznie nic dodać nic ująć;).W nocy upał. W hotelu obok odbywa się impreza, gdzie jakiś zespół wątpliwej jakości przygrywa do kotleta do późnej nocy. Z balkonu widać salon fryzjerski czynny od 9 do 23. Nigdy nie widziałem, żeby był otwarty wcześniej niż przed obiadem, ale za to w nocy mieli ruch nie z tej ziemi. Zamykamy okna, odkręcamy klimę i próbujemy zasnąć.

Pierwszy dzień zgodnie z obietnicą ma być luźny. Trochę plażowania, zimne Niksićko na plaży itp.Ok 16:00 zrywamy się i idziemy na sfotografować stare miasto. W międzyczasie znaleźliśmy autobuską stanicę (dworzec autobusowy). Pierwszym skojarzeniem Marty była Wenecja. Wąskie uliczki, sklepiki, bary, różnoraka muzyka. Znaleźliśmy jazzowy pub, gdzie pod wielką sosną siadało się, piło piwko, a tuż obok codziennie przez tydzień przygrywał zespół z Belgradu. Taki azyl od tej ich muzyki, która jest wszechobecna. Przysiedliśmy sobie przy cerkiewce i oglądaliśmy zachód słońca. Generalnie wszyscy bali na za ruskich. Na promenadzie ludzie wołali „Rybiata – ekskursja”. Czarnogórcy zdecydowanie lepiej odbierali fakt, że jesteśmy z Polski, gdy już się im o tym oznajmialiśmy. W nocy do snu kołysało nas wycie zespołu z hotelu obok.

W czwartek udaliśmy się z rana na PKS aby pojechać do Boki Kotorskiej. I jak zawsze co kraj – to obyczaj. Tutaj do każdego biletu kupionego w okienku doliczają „opłatę dworcową”. Za to na każdym dworcu jest specjalna bramka przez którą wychodzi się na perony. Inaczej niż przez bramkę się nie da. Przy bramce stoi pan, który wszystko wie. Wie, o której godzinie, wie z jakiego peronu, wie czy bilet trzeba kupić w okienku czy u kierowcy (zależnie od przewoźnika) oraz na który peron z danym biletem mamy się udać. Generalnie bardzo przydatny pan. Czasami nawet mówiący po angielsku (liczebniki). My staraliśmy się jednak mówić po serbsku w dialekcie jakiego używają Czarnogórcy. Kolejna nowość – w autobusie zazwyczaj znajduje się oprócz kierowcy tzw. „pan kasownik”. Po wejściu do busu, zajmujemy miejsca, które nam odpowiadają i Pan kasownik po jakimś czasie podchodzi i kupujemy u niego bilety. Zaobserwowaliśmy taką ciekawostkę, iż różni ludzie płacą różnie za ten sam przejazd. Niektórzy się tylko uśmiechną i nie płacą w ogóle. Czasami Pan kierowca jedzie sam i wtedy cała kasa wpada do jego kieszeni a biletu nie otrzymujesz (ale zawsze dojeżdżasz). Jest ciekawie. W busie do Herceg-Novi jedziemy my, jakaś Serbka, pan kasownik i kierowca. Wszyscy w trójkę gadają sobie o życiu a my przysłuchujemy się temu. Pan kasownik częstuje nas gumą do żucia i gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, dyskusja ożywa. Jeden komentuje „Europa”. Drugi odpowiada: „Da, Europa z Bushem i z Blurem”. My nie kontynuujemy tego tematu. Rozmowa dalej się toczy. Kasownik widząc, że fotografuję co ciekawsze rzeczy, specjalnie dla mnie zwalnia i mogę w spokoju zrobić zdjęcia charakterystycznym malutkim wyspom , które są tak małe, że ledwo mieszczą mały monastyr na sobie. Na miejscu zwiedzamy stari grad. Jesteśmy zachwyceni widokami. Wracamy na dworzec i próbuje dogadać się z panem , który wszystko wie, aby wskazał na autobus do Kotoru, ale przez prom, bo trasę wzdłuż zatoki mamy już zwiedzoną. Pan wskazuje nam peron. W międzyczasie zjadamy pyszne drożdżówki i wsiadamy i po chwili ruszamy dalej. Do Kotoru dojechaliśmy dokładnie taką sama droga wzdłuż Boki Kotorskiej. Wysiadamy tuż przy wejściu do starego miasta. Zwiedzamy Kotor. Stare miasto, które zachwyca – kolejne z listy UNESCO. Kupujemy zimna wodę i wchodzimy na twierdze wznosząca się ponad 1400 schodów ponad miastem. Idziemy tak dobrą godzinę. Pot leje się z nas. Po drodze co chwile napotykamy na coraz ładniejsze widoki. Aparat jest w ciągłym ruchu ;) . U góry odpoczywamy. Jakaś rosyjska para tez robi sobie sesje zdjęciową. Schodzimy. Na dole okazuje się, że wypiliśmy całą wodę. Zaopatrujemy się więc w wodę i udajemy się na dworzec. Niestety bazar jest już zamknięty i owoce kupimy dopiero w Budvie.

Generalnie drogi w Czarnogórze są stosunkowo dobrej jakości. Faktem jest, że są bardzo kręte i często prowadzą po zboczu góry. Pełno tu wąwozów, mostów, tuneli, a za górą skalistą kryje się kolejna – wyższa. Na poboczach leży pełno śmieci, wraki aut leża w przepaści, a przyjezdni w ochronie przed prażącym słońcem zakrywają koła kartonami. Jadąc tak wzdłuż i wszerz Czarnogóry co chwile napotykamy na jakiś monastyr albo cerkiew na szczycie góry, na niedostępnej skale lub na jakieś wyspie, tak aby już samo dotarcie do niego było pokutą sama w sobie. Cerkiewki wszędzie wyglądają podobnie: typowa romańska architektura – brała jednonawowa, często z półokrągłą apsydą i charakterystyczną ażurową dzwonnicą. Ściana z wejściem często była zdobiona jakąś rozetą, a z dachu wyrastała jeszcze mała okrągła kopuła. Dzwonnice występowały w wersji jedno, dwu lub trzydzwonowej. Trochę jak w filmach i grach komputerowych o Zorro(w grze Zorro na wersji na Atari, były takie kościółki z ażurowymi dzwonnicami ;) ).

Następnego ranka ruszamy na dworzec PKS by udać się najpierw do Ulcinj a potem do Baru. 70Km jedziemy prawie trzy godziny. Do Ulcinj jeżdżą tylko cztery autobusy, więc nie możemy sobie pozwolić na zbytnie ociąganie. Udajemy się na stare miasto, które zastajemy częściowo zniszczone przez trzęsienie ziemi z 1979r. Nie ma tu sklepów. Jest zacisznie. Ludzie sobie mieszkają, wylewają coś na chodnik przez okna. Prawdziwe stare miasto. Ulcinj to miasto położone najbliżej Albanii. Są tu meczety z pojedynczymi minaretami. Dużo tu ludzi o odcieniu skóry wyraźnie ciemniejszym od Czarnogórców. Ktoś do sklepu przyjechał zdezelowanym traktorem. Jest klimat. Siadamy w jeden z kafejek i wypijamy kawkę za 1EU. Do kawy praktycznie zawsze dokłada się tutaj szklankę wody. Woda zawsze smakuje jak kranówka. Wyjeżdżamy z Ulcinj. W busie dogadujemy się z panem kasownikiem, aby wysadził nas jak najbliżej Starego Baru. Autobus wysadza nas gdzieś na obrzeżach Baru. Wchodzimy w osiedle domków, gdzie kwitną granaty i rosną gaje oliwne. Wspinamy się pieszo pod górę aleją gruchotów. Tak nazwaliśmy ta ulicę, gdyż co chwilę napotykaliśmy na jakiś wrak. Po jakimś czasie jesteśmy na miejscu. Stary Bar to zniszczone miasto położone na górze. Widok jest pyszny. Miasto ma tylko parę całych budynków, reszta jest zniszczona. Z tabliczek dowiadujemy się, że miasto będzie sukcesywnie odbudowywane. Przechadzamy się o wąskich uliczkach pełnych zakamarków, ruin i tabliczek napisanych cyrylicą, której nie jesteśmy w stanie odczytać. Jest tu łaźnia, wieża zegarowa, cerkiewka z charakterystyczna ażurową wieżą (tym razem jednodzwonową). W międzyczasie spotykamy polskiego studenta podróżującego przez Macedonię i Albanię. Trochę gadamy, napalamy się na jezioro Ochrydzkie w Macedonii, po czym każdy udaje się w swoją stronę. My schodzimy na dół. Wypytujemy Czarnogórkę z kiosku jak dojść do autobuskiej stanicy. Okazuje się, że możemy pójść skrótem. Udajemy się zgodnie ze wskazówkami i po jakimś czasie znowu słuchamy czarnogórskiej muzyki w PKSie do Budvy. Wieczorem standardowo udajemy się na stari grad wypić piwko i poszwendać się w po wąskich uliczkach.

Weekend robimy sobie luźny. W sobotę po południu postanawiamy udać się w górę ponad miasto do monastyru Podostrog. Na miejscu spotykamy popa przyjmującego pielgrzymkę kobiet w białych chustach. Trochę łazikujemy po okolicy, by na wieczór zejść i wyluzować się na starym mieście przy dźwiękach jazu rodem z Belgradu.

W poniedziałek mamy plan. Chcemy pojechać zobaczyć kanion Tary (najgłębszy kanion w Europie). Autobus do miejscowości Majkovac odjeżdża o 5:35. Wstajemy o 5:00 i zgodnie kładziemy się z powrotem spać. Nie daliśmy rady wstać tak wcześnie rano, zwłaszcza, że wieczór umilał na wyjec z hotelu obok. Wstaliśmy o 10:00 i po śniadaniu postanowoliśmy pojechać na Lovcen. Pojechaliśmy autobusem do Cetinje – byłej stolicy Czarnogóry. Na ulicach widać ludzi przygotowujących opał na zimę, wszytko jakieś inne, w sklepach taniej. Okazuje się, że w Cetinje oddalonym 35km od wybrzeża jest normą, że zalega śnieg, gdy w Budvie ludzie się normalnie w świecie opalają. Wchodzimy na pobliska górkę – mauzoleum. Zwiedzamy okoliczna cerkiew postawioną na ruinach rzymskiej świątyni. W okolicy fotografuję lokaleskę wyszywającą jakieś obrusy. Próbujemy też szczęścia w autostopie, aby dostać się na wzgórze oddalone 25km. Nie jeżdżą tam żadne autobusy. Po 45min dajemy sobie spokój. Wracamy do miasta. Kupujemy tanie owoce, wino i wodę i udajemy się do kafejki na kawę. Po kawie w spokoju wracamy PKSem do domku do Budvy.

We wtorek postanawiamy pojechać do monastyru Ostrog. W tym celu wsiadamy w autobus do Podgoricy – stolicy Czarnogóry. Przy wjeździe do stolicy mijamy wielki bazar wyglądający naprawdę biednie. Po ponad dwóch godzinach telepania się PKSem wysiadamy na miejscu. Dalej wg przewodnika powinniśmy wsiąść w pociąg, który zawiezie nas malowniczą trasą prawie pod sam Ostrog. Na żeleźnickiej stanicy (dworzec PKP) okazuje się, że pociągu nie ma. Zrezygnowani wsiadamy w PKS, który zawozi nas do miejscowości oddalonej o 12km od Ostroga. Na miejscu od razu czeka taxi, które oferuje powiezienie za 15EU. Po tagowaniu się serdecznie dziękujemy i idziemy piechotą. Po drodze natykamy się autobus stojący przy jakiejś gospodzie. Okazuje się, że bus jedzie do góry na Ostrog i po rozmowie z przewodnikiem możemy się z darmo zabrać do góry. W kolejnej rozmowie okazuje się, że autobus wraca do Budvy i że za jakąś sensowną opłatą będziemy mogli zabrać się z nimi do Budvy. W ten oso sposób zabieramy się z… ruską pielgrzymką. Wjeżdżamy na miejsce krętą i stromą drogą, wąską na jeden pas. Autobus musi czasami cofać na zakrętach, aby się zmieścić. Na miejscu pozostaje jeszcze półgodzinne podejście po schodach do samego Ostroga. Sam obiekt w środku nie jest specjalnie interesujący. Widoki mroziły jednak krew w żyłach. Za 11EU od łebka zabraliśmy się do Budvy. W autobusie kierowca puszczał w kółko trzy te same hity starocierkiewne. Generalnie nie dało się tego słuchać. Wyczerpani wróciliśmy do domu. Marta zaległa na łóżku, a ja skorzystałem z okazji i poszedłem pogadać z jednym Serbem – kumplem Momo. Przy piwku tak sobie gadaliśmy o tym i o owym. Generalnie gość okazał się zagorzałym nacjonalistą. Wiedziałem wszakże, że nacje na Bałkanach nie kochają się, ale tego się nie spodziewałem. Gość stwierdził, że wcześniej czy później przyjdzie znowu moment, że jeden drugiemu wsadzi nóż w plecy. Kolega Momo opowiadał o chorwackich obozach koncentracyjnych, w których zginęło milion Serbów. Pytałem go też o nowsze dzieje – Srebnice i itp. Długoby pisać… Czarnogórcy generalnie wykazują tendencje separatystyczne. Pamiętając naloty NATO z 1999 na Czarnogórę, z pewnością nie są proeuropejscy, a z drugiej strony pamiętając II wojnę światową nie garna się do Rosjan. Sami Czarnogórcy też dzielą się na tych, co uważają się za rdzennych Czarnogórców oraz na Serbów którzy mieszkają w Czarnogórze. W całej tej historii jest umiejscowiony nasz Momo – właściciel lokalu w której mieszkaliśmy, który ma dwie żony, jedną kochankę, dzieci sam nie wiem ile, ale wszystkie siebie akceptują i bawią się razem, a sam ze swoich winogron wyrabia na własne potrzeby 50l rakii co roku.

Następny dzień poświęciliśmy na regenerację i plażowanie. Natomiast w czwartek wyraźnie się ochłodziło, co ułatwiło na pozostawienie tego miejsca w spokoju. Wieczorem wyjechaliśmy. Trasa tym razem wiodła przez Kłodzko i Poznań, zanim udało nam się dotrzeć o 3 nad ranem w sobotę do domu.

3 Responses to “Czarnogóra 2008”

  1. Anna says:

    Wlasnie czegos takiego szukalam, super!

  2. fotele says:

    Ciekawy blog! Będę odwiedzał częściej!

Leave a Reply